Nie
wiedziałam, że za 30 groszy dziecko może się tak super bawić. Po raz
trzeci Maksiu podszedł do mnie i pyta się "Co robimy mamo", a że
musiałam ogarnąć pewną sprawę na komputerze więc trzeba było
wykombinować coś co zajmie go na chwilę. No i się udało nawet na dłuższą
chwilę. Już mija
45
minuta i syna jakby w domu nie było. Jestem w szoku bo zająć mojego
syna na dłużej niż 5 minut i to w jednym miejscu graniczy z cudem.
Temperament albo to, że mama w ciąży codziennie chodziła po 5 km minimum
a przed porodem po 10 km dziennie.
Jesień sprzyja nudzie więc polecamy prosty sposób na zabawę.
Potrzebne będzie :
- marchewka obrana i pokrojona w kawałki wiadomo dlaczego,
- garnek najlepiej jak by zrobili z plastikowa obwolutką żeby nie hałasowały podczas upadku,
- pokrywka,
- łyżka u nas drewniana żeby mniej hałasowała.
No i zaczynamy zabawę, a raczej Maksiu zaczyna.
Była już zupa marchewkowa.
Liczenie marchewek.
Układanie wieży.
Oczywiście wrzucanie i wyrzucanie marchewki do gara.
Na
koniec wszystko co wpadło pod rękę lądowało w garnku. Włącznie z
pilotem, i moim telefonem przeszukałam całe mieszkanie w poszukiwaniu
pilota jednak popełniłam błąd. Najpierw powinnam zapytać syna gdzie się
zgubił pilot.
Fantazję to ma po mamie mam nadzieje ten mój syn. Bo tata fantazji nie ma żadnej. A te 30 groszy to koszt tej biednej marchewki

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz